1. wstecz

LOT ŚMIGŁOWCEM


Mój pierwszy lot zaczął się od wyjazdu karetką ze szpitala w Lublinie na lotnisko w Radawcu. Tam czekał na nas helikopter typu „Sokół”. Czekaliśmy tylko na start. Po chwili maszyna uniosła się w górę. Kiedy byliśmy na wysokości 300-350 metrów mogliśmy podziwiać piękne lasy, jeziora, opustoszałe po zbiorach pola. Przelatując nad Puławami widziałem szereg dymiących kominów i zanieczyszczone rzeki, a szczególnie Wisłę.  Lecieliśmy z prędkością 240 km na godzinę, mniej więcej w linii prostej. Za drążkiem maszyny siedział miły pilot i jeszcze trzech panów. Rozmowy prowadzić raczej nie mogliśmy ze względu na hałas w kabinie. Po półtoragodzinnym locie, wylądowaliśmy na miejscu, czyli na lotnisku we Wrocławiu. Tu już czekała na nas karetka, która miała nas zawieść do szpitala. W ośrodku ja, mój brat i moja mama mieliśmy pobieraną krew. Po tych badaniach samochód służby zdrowia odwiózł nas z powrotem do naszego latającego sprzętu. Nim się obejrzałem, byliśmy już na górze, po czym polecieliśmy w kierunku szpitala. W drodze powrotnej spostrzegłem swój dom w oddali i zakład, w którym pracuje mama. Parę minut później lądowaliśmy na określonym miejscu w Lublinie, po czym odjechaliśmy w kierunku Kliniki. Tam każdy czekał na mnie z niecierpliwością.